Poranki bywają naprawdę trudne. Szczególnie te poniedziałkowe. Po
weekendowym szaleństwie. Szedłem przez korytarze wydziału starając się
nie wyglądać tak bardzo marnie jak się czułem. Sobotnie świętowanie
wolności i niedzielne poprawienie kawalerskim, na którego datę nie mam
pojęcia, który geniusz wpadł, dało mi mocno w kość. Kac całe szczęście
już odpuścił, ale dzisiejszy dzień nie zapowiadał się łagodnie. Cóż
przynajmniej ogarnąłem się na tyle, by nie wyglądać i nie pachnieć jak
kloszard. To już jakiś sukces, biorąc pod uwagę czekające mnie
spotkanie.
W sobotni wieczór byłem nastawiony na możliwość spotkania
jakiegoś mojego studenta. Była to rzecz bardziej niż pewna. Kiedy kumpel
upiera się na klub w mieście, a nie poza nim i w dodatku jeden z
popularniejszych trzeba się z tym liczyć. Jednak nie spodziewałem się na
pewno ujrzeć mojej studentki w takim wydaniu. Ona raczej też nie
spodziewała się ujrzeć swojego profesora. Tym bardziej mnie, gdyż
świetnie wychodziło mi skrywanie się w postawie ''poważnego
malkontenta". Sytuacja dość nie zręczna dla obydwu stron. A samopoczucia
nie poprawiała świadomość, że widok naprawdę mi się podobał. Głównie
przez bijącą od niej pasję. No przynajmniej dopóki do świadomości nie
przedarło się na kogo patrzę. Jednak do cholery, nic takiego się nie
wydarzyło. A raczej nic nad wyraz nie właściwego. Spotkanie w burdelu
byłoby dziwne, a nie w klubie. Nie robiła nic nielegalnego, ja tak samo,
przynajmniej tym razem. Stąd trzeba przejść nad tą całą sytuacją do
porządku dziennego, zapominając o niej. Całkowity profesjonalizm.
Chociaż Xavier, z którym dyskutowałem przez telefon tak tego nie
widział.
– Nie zazdroszczę ci stary– zaśmiał się złośliwie, jakby
grożono mi rozstrzelaniem za odcięcie głowy gumiżelkowi, a nie
omawialibyśmy poważną sytuację. – Właśnie idziesz na zajęcia, gdzie w
grupie masz dziewczynę, której pośladki widzieliśmy w całej okazałości,
bo mieliśmy ochotę pogapić się na ładne ciałka. A nie okłamiesz mnie, bo
wiem doskonale, że widok ci został przed oczami... Masz przejebane.
–
To ty próbujesz mi to wmówić –odparłem znudzonym tonem, nie dając się
mu sprowokować.– Nie ma czego roztrząsać. Nie mam zamiaru zaczynać z nią
tematu, chyba że ona będzie miała taką potrzebę. Poza tym to smutne, że
właściciel klubu, aby pogapić się na dziewczyny musi chodzić do
konkurencji – rzuciłem, chcąc aby porzucił temat.
– Żałosny unik –
parsknął. – Tak po prostu pozostaniesz świętoszkiem? Halo, gdzie mój
szalony kuzyn? Jest tam jeszcze, czy tweedowa marynarka wyprała ci mózg,
profesorku. Teraz tylko spotkania klubu książki? A do straży
sąsiedzkiej już wstąpiłeś, by pilnować rośnięcia trawników? Tylko sobie
pomyśl, ty za rok chodzisz po osiedlu sprawdzając czy sąsiedzi
przypadkiem...
Wywróciłem oczami na jego zaczepkę, gdyż za dobrze
znałem jego zagrywki. Rozłączyłem się przerywając połączenie z
wymyślającym moje dalsze życie Xavierem. Jasny znak koniec gadania,
kiedy zwykłe słowa nie działają. Sam robił tak, kiedy tylko proponowałem
mu udanie się leczenie, aby w końcu zaczął żyć, a nie egzystować.
Miałem
tłumy studentów zmierzających do odpowiednich sal. Poranne zadowolenie
biło od nich na kilometr. Przypuszczalnie wielu miało się równie źle co
ja. Dlatego w tym miejscu docenia się wieczory, które się spędziło jak
zdziadziały osobnik. Kac egzystencjonalny nie jest tak dokuczliwy
następnego poranka. Stanąłem przed drzwiami Sali wykładowej, biorąc
większy wdech. Czas na konfrontację ze złośliwym losem.
Wszedłem do
sali rzucając krótkie przywitanie, na które odpowiedział mi niemrawy
tłum. Uśmiechnąłem się półgębkiem na ten zapał, wyciągając z torby
laptop. Rozejrzałem się po sali upinając i uruchamiając sprzęt. Wśród
tłumu mignęła mi twarz znajomej rudowłosej. Czyli wyglądało na to, że
ona również postanowiła udawać, że soboty wieczór nie było.
– Wiedzę,
że wszystkim nam się dzisiaj chce tak samo, dlatego przypominam o w
miarę cichym chrapaniu. Dziś będziemy omawiać techniki przesłuchań i
skupimy się na...
***
Studenci powoli opuszczali salę, prowadząc
ciche rozmowy, kiedy ja zanotowałem w notesie przypominajkę, odnośnie
ustalenia godzin konsultacji. Na moich zajęciach starałem się utrzymywać
aktywność grupy, wiedząc z doświadczenia, że samo przedstawienie
prezentacji niewiele dawało. Mogła to być też kwestia prowadzącego,
czyli w moim przypadku postrachu wydziału prawa profesor Colers. Z
resztą pierwotnie to ona, miała prowadzić zajęcia z psychologii zeznań
tej grupy. Jednak wciąż pozostawała szansa, że ta kobieta napsuje im
krwi na psychologii sądowniczej. Aż im współczułem. Upiłem łyk zimnej
już herbaty, uzupełniając informacje w systemie odnośnie zajęć. Moja
zdecydowanie najmniej ulubiona czynność w tej pracy. Już nawet notatki
prowadzone po sesjach terapeutycznych były przyjemniejsze. I bardziej
potrzebne.
– Profesorze, można na moment? – Rozległ się przede mną głos.
Podniosłem
wzrok i moje spojrzenie napotkało błękitno–szare tęczówki, które w
sobotni wieczór patrzyły na mnie z równie dużym zaskoczeniem co ja na
nią. Teraz stała przede mną z pewną rezerwą i napięciem, oczekują
konfrontacji. Rozejrzałem się po sali, z której wychodził ostatni
maruder, który połowę zajęć przespał.
– Oczywiście, słucham panno Ferrars – powiedziałem, odsuwając się nieco od biurka i przeniosłem swoje spojrzenie na nią.
– Chciałam się upewnić, że sobotnie spotkanie pozostanie między nami – powiedziała mnąc w dłoni pasek od torby.
–
A dlaczego nie miałoby pozostać? Nie widzę powodów aby rozpowiadać o
tym na kampusie – odparłem zaplatając ręce na klatce piersiowej. –
Gdybym nakrył panią na handlu organami, wtedy być może i gdzieś to by
trafiło. A tańczenie w klubie nie jest nielegalne, więc nic nikomu do
tego.
Juliette?

Brak komentarzy
Prześlij komentarz